Dziś był kolejny dzień mojej pracy. Wstałem jakoś o ósmej i poszedłem budzić mamę aby mnie zawiozła na strzelnicę. Ten dzień był wyjątkowo zimny i deszczowy niekiedy. Pogoda pomimo swej temperatury, była dość przyjemna, ponieważ mogłem w spokoju siedzieć w moim mundurze wojskowym.

Udział w zawodach brało wyjątkowo mało osób, gdyż wakacje porwały co niektórych na wczasy. Większość osób to były stare dziadki co strzelają od dłuższego czasu, ale jak zawsze popełniają dziwne i głupie błędy. Dziś była tego masa. Nie dość, że broń się psuła to jeszcze oni. Strzelali dziś z pistoletów bocznego zapłonu, Margolin. Jeden albo nie podawał następnego naboju, albo drugi nie powodował wybuchu i nie chciał czasem strzelić. Inny zaś jak strzelił to serią pomimo, że te pistolety nie mają takiej możliwości. Co do błędów dziadków, wyglądało to tak:

Sędzia wydał komendę aby załadować magazynki (nie wkładać do broni i strzelać)
-Do serii nie ocenianej, trzystrzałowej. Ładuj!
Od razu po komendzie odbył się strzał. BOOM. Sędzia wydarł się.
-Ładuj powiedziałem!
Kolejne dwa strzały. BOOM BOOM
-ADHD pier*olone. Krzyczy sędzia zdenerwowany.

I tak było to do końca zawodów, w małym skrócie.

Po odbytych zawodach przyjechał po mnie mój tata. Przywiózł ze sobą snajperkę bocznego zapłony, aby jeszcze postrzelać. Jest to prawdziwe cudo sportowe. Celowniki w tej broni to istny skarb o idealnej budowie i działaniu. Tutaj nie było miejsca na błędy produkcji. Jedynie błędy człowieka. Dodatkowo lufa, prosta i idealnie wymierzona, to coś co pozwala strzelać w jeden punkt, na pięćdziesiąt i sto metrów. Nie podniecając się zbyt, wróćmy do strzelania. Było dość przyjemnie. Mój ojciec pokazał się z olimpijskiej strony i strzelał idealnie, w bardzo małym skupieniu pola. Ja byłem troszkę gorszy, ale i tak było dobrze. Oprócz nas, był jeszcze jakiś gość z pistoletem kbks i typek z rewolwerem czarno-prochowym. Pierwszy gość, z brodą dość młodego mikołaja, podszedł do nas i zaczął rozmawiać z moim tatą. jak zwykle o broni i o tym co mamy ze sobą. Gdy nam się już nie chciało strzelać, daliśmy mu się „pobawić”. On w zamian dał nam swoją amunicję do ostrzelania. Pomijając egzemplarze z mocniejszym „kopem”, znalazły się perełki. Mianowicie amunicja naddźwiękowa. Oh jakie to było cudowne. I ten świst słyszany, gdy nabój przebija falę dźwięku i trafia w cel.

Nasza zabawa trwała jakieś półtora godziny. Potem udaliśmy się do domu.Tam czekała na mnie moja Natalka. Przywitałem ją z wielkim uściskiem i poszedłem zrobić nam coś do jedzenia. Jej wystarczyła wielka micha płatków ale, że ja jestem wielkim głodomorem co je tyle ile widzi i nawet nie grubnie, to zrobiłem sobie jeszcze tosty. Dopiero w tedy mogłem powiedzieć, że coś zjadłem. Chwilę się wylegiwaliśmy oglądając telewizję a potem udaliśmy się poleżeć na moim łóżku. Skończyło się tak, że zasnęliśmy. Po pobudce poszliśmy na drugie Dni Myszkowa. Totalna kicha. Ludzi jeszcze mniej i nic ciekawego co mogłoby przykuć oko. Poczułem się głody więc udaliśmy się do Fresh Market’a. Oczywiście nie było tam hod dog’

ów. Ale była jedna rzecz, która była dla mnie kusząca. Zauważyłem ogłoszenie o pracę na drzwiach. Zapytałem i zostawiłem numer mojego telefonu. Potem poszliśmy do innego sklepu, tej samej firmy i dopiero tam dostałem to co chciałem zjeść. Gdy brzuszki były w miarę zaspokojone nadeszła pora powrotu do domu.

Jest już dwudziesta druga i idziemy oglądać nowy serial, Kiss me first. Może będzie dobry.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

ten − 3 =