Nareszcie powróciłem na bloga!!! A tak serio to troszkę byłem zalatany i miałem mało czasu oraz chęci.

W ostatni weekend udało mi się wybrać na rajd im. Szarych Szeregów. Jest to rajd harcerski, w którym organizujemy sobie nocleg w szkole i odgrywamy scenki historyczne jednocześnie się bawiąc oraz wczuwając w rolę harcerzy z okresu drugiej wojny światowej.

Na tegorocznym rajdzie dołączyłem do organizacji aby móc stworzyć własny punkt, na którym inne patrole mogły by się fajnie bawić.

Start naszego zorganizowania nie był najlepszy, bo wszyscy stresowali się, aby wszystko było dopięte na ostatni guzik. Lecz koniec końców, był to jeden z najlepszych rajdów. Swoją zabawę rozpocząłem na grze wprowadzającej. Wszystkie zastępy dopiero przybyły do miasta i z plecakami przechodziły wyznaczoną trasę z punktami, a jej finałem było miejsce zakwaterowania czyli szkoła. Ze mną na punkcie stał mój nowy przyjaciel o ksywce Ziemniak. Super człowiek. Mieliśmy za zadanie przeprowadzić musztrę patrolom, które do nas przyszły. Połowa patroli odwalała niezłą patologię, bo nie da się wytępić całego społeczeństwa. Mam nadzieję, że jednak kiedyś ci ludzie się poprawią. Za to druga połowa była cudowna. W jednym z zespołów była mała, słodka pięciolatka z rodzicami, która ledwo ogarniała prawo i lewo. Mama cały czas obracała swoim dzieckiem a ona się tylko śmiała. Sweet. Po kilku godzinach, ja i Ziemniak, udaliśmy się do budki z fast foodem. Następnie najedzeni poszliśmy do szkoły.
Ah jak cudownie śmierdziały nam skarpety po całym dniu siedzenia w wojskowych butach, ale spokojnie, były jeszcze dwa kolejne dni.

Po grze wprowadzającej był kominek. Tam jak zawsze paliliśmy świeczki na największej sali i opowiadaliśmy historię, w między czasie śpiewając harcerskie piosenki. W pewnym momencie staje się to cudowne i nie chce się tego kończyć.
W tym roku opowiadaliśmy historię Tadeusza Zawadzkiego o pseudonimie „Zośka”. Ja musiałem opowiedzieć najsmutniejszy fragment historii, czyli opowieść o jego pogrzebie i śmierci. Potem już był tylko czas na kolację. Z racji, że moja drużyna harcerska też brała udział, udałem się do nich, aby razem spędzić czas przy posiłku.

Ta noc była nie dla spania, bo odbywała się gra nocna. Tam biegało się po całym mieście po północy i wykonywało się kolejne zadania, ale najlepsze co w tym wszystkim było, to jeżdżące patrole gestapo, które łapały innych. Nadawało to mocnego dreszczyku emocji. Mój punkt polegał na tym, że dwie znajome dawały zadanie namalowania jakiegoś symbolu propagandowego na murze (karton był na ścianie, więc bez wandalizmu) a ja byłem Niemcem, patrolującym okolicę.
Miałem tam swój rewolwer i straszyłem innych. Najlepsze było to, że niektóre patrole robiły dywersje podszywając się pod Niemców i mówiły do mnie w niemieckim języku. A ja, ostatni debilek, nic nie rozumiałem i nic nie umiałem powiedzieć. Ale i tak było fajnie.

Następnego dnia była gra dzienna. Tam ja i Marcel, pojechaliśmy z rana w las, gdzie był nasz kolejny punkt. Był to najlepszy punkt jaki mogłem wykonać. Zadaniem patroli było strzelanie do puszek z broni ASG, ale, że nie było puszek, to musiałem je kupić. Dostałem pieniądze i pojechałem po zgrzewkę Blacków. Efekt był taki, że musiałem to wypić i byłem cały czas napruty i nabuzowany. Ja od siebie dodałem na tym punkcie małą niespodziankę. Zabrałem mój strój kamuflujący, ghillie. Ubrałem się i poszedłem leżeć w krzakach. Gdy zbliżał się jakiś patrol, napadałem na nich, przyprawiając ich o zawały serca. Wciskałem tam historyjkę aby wykazali się dodatkowymi umiejętnościami a następnie przechodziliśmy do meritum zadania. Oczywiście niektóre zuchy, zaczynały nazywać mnie człowiekiem drzewem czy coś w tym stylu. Ale na szczęście, wszystkim podobało się to co zrobiłem. Oczywiście niektórzy z tych bardziej nieogarniętych zastępów, nie wiedząc co zrobić, postanawiali mnie pobić, ale udało mi się jakoś z tego wykaraskać.

Druga noc już było do spania ale nie było to wymagane, gdyż odbywały się zawody piłki siatkowej. Sam wziąłem udział z moją drużyną, lecz tym razem nam się nie udało wygrać. A wygrywaliśmy praktycznie zawsze. Moje wczucie i zaangażowanie się w grę sprawiło, że prawie skręciłem sobie prawe kolano i obiłem całe lewe biodro. I tak było fajnie.

Trzeci dzień był dla wykwaterowania się i posprzątania. No i oczywiście na apelu kończącym rozdano nagrody. Moja drużyna osiągnęła pierwsze miejsce. Brawa dla nich. Na apelu pojawił się burmistrz Myszkowa i kilka innych ważnych osób.

Nie chciałem kończyć tego rajdu, ale niestety kiedyś trzeba. Za rok jadę ponownie.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

thirteen − 2 =