Ahh Hiszpania. Moje małe marzenie, niedawno spełnione.

Wraz z resztą znajomych z mojego technikum w Częstochowie dostaliśmy się do programu unijnego o wdzięcznej nazwie „Europejskie staże inwestycją przyszłość”, który w tym roku odbywał się w Hiszpanii. Większego szczęścia mieć nie mogłem.
Start stażu, a zarazem wylot, był dwudziestego szóstego czerwca z lotniska w Krakowie. Cała nieprzespana noc odrobiona w samolocie z jedną przesiadką w Amsterdamie. Następnie, niecierpliwe wyglądanie zza okienka i lądowanie na „ziemi obiecanej”. Nogi rwały się by iść. Po prostu iść, nie ważne gdzie. Wszystko było nowe a każde, zwykłe słowo, wypowiedziane przez tubylców było jak nowa zabawka w rączkach dziecka.

Pierwszego dnia mieliśmy czas na zakwaterowanie w szesnastowiecznym hostelu znajdującym się w dzielnicy Albasin. Potem trochę informacji od opiekunów a następnie „biała taktyka”… Papiery.
Gdy nadszedł czas wolnej chwili dla nas, poszedłem gdzie mnie tylko nogi poniosły. Tego dnia zrobiłem, według mojego smart watch’a, około czterdzieści tysięcy kroków.

Od poniedziałku nastąpił moment zapoznania się z zakładami i firmami oferującymi nam praktyki, gdzie rozprowadzały nas miłe panie z firmy nadzorującej całe przedsięwzięcie. Ja trafiłem do małej firmy „Loyutronic” w centrum Grenady. Tam z kolei poznałem jej właściciela jak i zarazem pracownika, Carlo. Przesympatyczny gość, który od razu dał po sobie poznać, że nie jesteśmy jego pierwszą w życiu grupą na stażu zza granicy.
Pech prowadził do tego, iż mało kto w Hiszpanii mówi w języku Angielskim w tym Carlo, który zaliczał się do tej większości. Oczywiście dogadywaliśmy się mimo wszystkiego. Przed wyjazdem jak i w jego trakcie odbywały się zajęcia z języka Hiszpańskiego, co dało mi wiele możliwości komunikacji z tamtejszymi mieszkańcami.
W samym zakładzie zajmowałem się sprawami czysto elektronicznymi i teleinformatycznymi. A tutaj ktoś przyniósł popsuty ekspres i wymienialiśmy całe wiązki, albo ktoś potrzebował pomocy z routerem, gdzie w tym momencie mogłem dać popis moich umiejętności nabytych przez cały okres nauki w Technicznych Zakładach Naukowych w Częstochowie.

Po pracy był nasz czas. Szybki powrót, prysznic i przebranie się w wygodne ciuchy. Następnie wybycie na miasto lub na kolejny punkt widokowy do odhaczenia na mapie turystycznej. Gdy odbywał się pierwszy plan, często odwiedzałem okoliczne restauracje by zaczerpnąć tamtejszej kultury i obserwować ludzi. Bardzo spodobała mi się idea zraszaczy wypuszczających chłodzącą mgiełkę wody z parasoli. W końcu klimat około czterdziestu stopni nie należy do najprzyjemniejszych. Na drugi plan decydowałem się w trochę późniejszych godzinach, gdy było już chłodniej a sam zachód słońca był między dwudziestą pierwszą a dwudziestą drugą. U celu dzwoniłem na kamerce do bliskich mi przyjaciół lub rodziny i razem oglądaliśmy piękne widoki z odwiedzonych przeze mnie miejsc, bardzo często postawionych dość wysoko nad poziomem morza.

Kolejnej soboty realizowaliśmy plan o kryptonimie „Morze”. Z rana pojechaliśmy autokarem i w godzinę już byliśmy na pięknej plaży. Ku naszemu szczęściu był przypływ i fale na tyle wysokie by móc się swobodnie na nich unosić ale z kolei nie utopić. Jednym słowem, czysty relaks. A widoki jakie cudowne.
Oczywiście nie obyło się bez strat w postaci kilku spalonych pleców i ramion. Było warto!

W niedzielę kolejną operacją była „Alhambra”. Potężna, jak i zarazem przepiękna cytadela oddana Katolikom pod warunkiem nie zburzenia jej, którego słowa dotrzymano i teraz możemy cieszyć się pięknem tego kawałka historii. Tutaj strat już nie doznaliśmy. Wycieczka przebiegła w bardzo przyjemnej atmosferze. Podzieliliśmy się na dwie grupy i ruszyliśmy szlakiem wyznaczonym przez nasze panie przewodniczki. Po powrocie jeszcze przez długi czas byliśmy zachwyceni architekturą, majestatem oraz pięknem tamtejszych budowli i dzieł.

Kolejny tydzień minął dokładnie tak samo jak poprzedni. Praktyka i czas na moje pomysły. Wyjątkiem była moja wycieczka w okoliczne góry. Kupiłem mapę, narysowałem proponowaną trasę, zabrałem kompas i ruszyłem w drogę z suchym prowiantem i kilkoma litrami wody w plecaku. Po zrobieniu około dwudziestu kilometrów poczułem się spełniony tymi widokami, miejscami jakie zobaczyłem po drodze i otaczającą mnie naturą, tak bardzo inną niż tą w Polsce. Był moment gdzie mogłem w spokoju oglądać żywot niewielkiej trąby powietrznej, znajdującej się ode mnie piętnaście kilometrów na zachód. Czysta bajka.

Niestety w pewnym momencie nadszedł ten dzień. Dziesiąty lipca i powrót do domu, do pracy i codziennej prawie monotonii. Ale dobrze wspominam ten czas. Był to swoisty refresh oraz odpoczynek dla umysłu pomimo tych praktyk, gdzie w takim gronie były czystą przyjemnością.
Jeśli ktokolwiek będzie miał szansę dostać się na unijne „Europejskie staże inwestycją przyszłość”, niech nawet się nie waha. Doświadczenie w pracy za granicą, certyfikaty, poznanie nowego języka oraz kultury to coś za co warto się oddać.


Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *

szesnaście − 14 =